Podcast

książka fotograficzna

jak ją zrobić?

Rozmowa z Natalią Mikołajczuk, projektantką prowadzącą autorskie studio Books’n’Stories – dedykowane publikacjom opartym na fotografii i obrazie.

fot. Andrzej Szopa

“Nie ma formatu dużego czy małego - jest format odpowiedni.”

Zapraszam do kontaktu z Natalią – znajdziesz ją tutaj:

http://www.books-n-stories.com/

https://www.facebook.com/booksnstoriesstudio/

 

Transkrypcja podcastu

Uwaga: Zdjęcia przedstawiające projekty książek fotograficznej są autorstwa Natalii Mikołajczuk.

Cześć! Muszę przyznać, że jestem bardzo zestresowany – o stworzeniu podcastu myślałem od bardzo dawna, cały czas się wahałem, miałem mieszane uczucia, ale wiedziałem, o czym ma być ten podcast i w końcu zdecydowałem się to zrobić. Przede wszystkim o opowiadaniu historii fotograficznych, czyli tzw. storytellingu. Dla mnie osobiście nie jest to chwyt marketingowy, wierzę, że zdjęciami czy to pojedynczymi, czy ułożonymi w odpowiednie sekwencje, można opowiadać ciekawe i angażujące widza historie. I na tym będziemy się tutaj skupiać.

Podcast, pod wieloma względami nie jest doskonały technicznie, ale z odcinka na odcinek obiecuję, że będzie coraz bardziej profesjonalny. 🙂

Dzisiejszym gościem jest Natalia Mikołajczuk, właścicielka studia graficznego Books’n’Stories, które – tak jak sama wspomina – dedykowane jest publikacjom opartym o fotografię i obraz. Jeśli słyszeliście lub może kupiliście książkę “Wiktor Franko – Vol.1”, to musicie coś wiedzieć – za ten przepiękny projekt odpowiada własnie Natalia.

Odcinek powinien zainteresować zarówno tych, którzy przymierzają się do stworzenia pierwszej książki fotograficznej czy albumu, jak i tych bardziej doświadczonych, chcących zdobyć więcej informacji. Serdecznie zapraszam!

Cześć Natalia! Fajnie, że zgodziłaś się na rozmowę. 

Cześć!

Zanim przejdziemy dalej, powiedz proszę jaka ostatnio książka zrobiła na Tobie wrażenie pod względem projektowym?

Zaczynasz od takiego bardzo mocnego pytania. Z uwagi na to, co w sumie mnie interesuje, to oglądam głównie – poza książkami, które czytam – książki fotograficzne. Z takich, które ostatnio mnie zachwyciły, to warto zobaczyć i wziąć do ręki książkę Łukasza Rusznicy – “Rzekę podziemną”. Piękną książkę o Japonii i duchach. O czym ona jest, to tak naprawdę kwestia jak ją odczytamy. Jest na pewno pięknie zrobiona i wydana. Jest chyba wszystkim, co można dobrze zrobić, jeśli chodzi o książkę fotograficzną. 

Z takich bardziej niszowych rzeczy, to mój ostatni nabytek, “Don’t draw the map of the comet” Kasi Wąsowskiej. Jest to taka książeczka o błąkaniu się i podróżowaniu trochę bez celu, i o jej nomadycznym życiu, które prowadziła przez jakiś czas. To jest bardzo osobista historia, ale bardzo też ładnie złożona i pomimo tego, że była wydrukowana w dwunastu egzemplarzach, wygląda naprawdę jakby wyszła z wydawnictwa. Brawo dla niej.

Wow! Rzeczywiście, nakład dość niski, ale jest to self-publishing, prawda?

Tak, tak.

Przy tym pierwszym tytule powiedziałaś, że przy tej fotoksiążce albo książce fotograficznej zrobiono wszystko to, co w zasadzie można zrobić dobrego. Myślę, że w trakcie rozmowy na pewno wrócimy do tego, co takiego dobrego można przy książce fotograficznej zrobić/. OK, dzięki za ten wstęp. Natalia, powiedz naszym słuchaczom, czym się zajmujesz.

To zawsze trudne pytania, gdyż wszyscy zawsze chcieliby otrzymać bardzo konkretną odpowiedź “czym się zajmujesz”. Prawda jest taka, że zajmuję się różnymi rzeczami, ale to dlaczego rozmawiamy związane jest z projektowaniem książek fotograficznych, edycją fotografii czy storytellingiem.

Tak więc jedną z moich działek życiowych jest moje studio Books’n’Stories i projektowanie publikacji, edukacja, spotykanie się z fotografami i pomaganie im w tym, aby ich projekty, ich zdjęcia zaistniały w formie drukowanej.

To brzmi bardzo ciekawie. Przeglądając Twoją stronę internetową natknąłem się gdzieś na hasło “visual storyteller”. Mogłabyś to rozwinąć?

Visual storytelling funkcjonuje bardzo mocno gdzieś na zachodzie czy w Stanach, jako bardzo pełnoprawna działalność, jakby taka oddzielna działka czy stanowisko nawet. Jest to też powiązane ze stricte marketingowymi zadaniami. Visual storytelling: to jest po prostu opowiadanie obrazami; tak jakby jest to przełożenie trochę tej głównej misji Books’n’Stories, którą gdzieś tam sobie spisałam.

W swojej pracy, czy to podczas rozmów z kolegami ,czy przeglądając fora internetowe, natykam się na storytelling, ale w takiej trochę dziwnej formie. Ludzie często wyobrażają sobie, że storytelling, to jest dodawanie czegoś, czego tak naprawdę nie ma w zdjęciach. Tak jakby tworzenie jakiejś otoczki, przypisywanie sobie dziwnych atrybutów, wyolbrzymianie może treści ponad formę, albo i odwrotnie. I pamiętam, oglądałem, jakiś wywiad ze znanym reżyserem i on powiedział coś takiego: że jeżeli nazywasz się storytellerem, to tak naprawdę nim nie jesteś. I może to do mnie przemawia  dlatego, że często w Polsce fotografowie, mam tu na myśli głównie branżę ślubną; co drugi, co trzeci fotograf, gdzieś na stronie internetowej ma wypisane, że “zajmuję się storytellingiem”, “jestem storytellerem”.

Pewnie wspominałam o tym wcześniej w naszych rozmowach: nasz język jest trochę trudny. Cały nasz rynek, całe to środowisko poznaje dopiero kwestie takie jak storytelling i książki fotograficzne. One tak naprawdę funkcjonują intensywnie w Polsce przez ostatnich kilka lat.

To się cały czas rodzi i może dlatego też ludzie nieudolnie próbują nazwać pewne rzeczy lub doczepiają pewne słowa do niekoniecznie właściwych rzeczy.

Oczywiście jest też tak, że możemy różnie to rozumieć i dla mnie nazywanie siebie storytellerem, jeżeli jesteś fotografem, to znaczy chyba po prostu, że chcesz opowiadać swoimi fotografiami jakieś historie. I wszystko się zgadza, ponieważ cała współczesna fotografia jest takimi storytellingiem. Przekazywaniem czegoś więcej niż jednym obrazem. Te czasy, kiedy wszyscy koncentrowali się na jednym zdjęciu, które też oczywiście może bardzo dużo opowiedzieć, troszeczkę mijają, i właśnie może wszyscy – mam nadzieję – chcieliby opowiadać szersze historie i może stąd to przewijające się słowo.

Czyli tak naprawdę czerpanie wzorców od kolegów z zachodu nie jest chyba złym sposobem. My, jako fotografowie, chcemy w końcu powiedzieć swoim odbiorcom, że tak, chcemy opowiadać historie. Te nieskromne pojawiające się napisy “storytelling”, “visual storyteller”, świadczą o tym, że dojrzeliśmy do tego, żeby właśnie to jedno zdjęcie zamienić na jakąś pełniejszą historię.

Jak najbardziej. Oczywiście, pytanie, co za tym idzie? I czy za używaniem tego słowa idzie zrozumienie, czym ten storytelling jest. Bo tak naprawdę to jest budowanie narracji czy historii, tylko po prostu nieprzetłumaczone. To jest kolejny przeszczep słowny.

Dokładnie. Ok. Na pewno o to budowanie narracji będę Ciebie dzisiaj wypytywał, ale jeszcze wróćmy do Twoich początków. Wyczytałem na Twojej prywatnej stronie internetowej, że kończyłaś liceum plastyczne w Supraślu, później byłaś na ASP w Warszawie na wydziale grafiki, studiowałaś również nad Labem w Czechach i również byłaś w gronie studentów Instytutu Twórczej Fotografii w Opavie. Powiedz mi, czy czujesz się bardziej projektantem czy fotografem?

To jest chyba tak, że gdzieś świadomą moją decyzją jest to, że chyba nie będę już fotografem. Mogę byw,fotografem i traktować to bardzo, nie wiem czy hobbystycznie to jest dobre słowo. Nie chciałabym chyba i gdzieś nie czuję, że to jest moja droga, żeby z fotografii czynić swój zawód. Oczywiście każdy z nas może bywać projektantem, może bywać fotografem, może bywać kucharzem i różnymi innymi osobami w swoim życiu. Natomiast, to jest chyba takie pytanie, co jest moją profesją i raczej widzę siebie w roli projektanta niż w roli fotografa.

Kiedy tak naprawdę rozpoczęła się przemiana z fotografa w projektanta książek fotograficznych?

To nie jest jakaś strasznie odległa podróż w czasie. Teraz pewnie popełnię jakiś błąd, ponieważ z datami mam poważne problemy. W każdym bądź razie była to książka, która powstała podczas programu “Migawki”. “Migawki”, to był taki program realizowany chyba przez siedem kolejnych edycji w Warszawie przez Krzyśka Pacholaka i Agnieszkę Pajączkowską. “Migawki” były – trudno je nazwać – takim przedłużonym warsztatem, gdzie fotografowie doprowadzali swoje pomysły do jakiegoś szczęśliwego zakończenia. Czasem przychodzili już z jakimś zaczętym konceptem, czasem to koncepty się rodziły. Pracowaliśmy przez – z tego, co pamiętam – dobrych kilka miesięcy. W grupie i podczas warsztatu, i konsultacji. 

I wtedy właśnie ja się do tego programu zgłosiłam i szczęśliwe miałam tą okazję, żeby z nimi popracować. I wtedy powstała moja pierwsza autorska książka. Przyszłam z projektem o Zalewie Siemianówka. Ten materiał nie był nigdy przeze mnie traktowany jako coś, z czego powstanie zamknięta całość czy w ogóle książka, ale właśnie, dzięki temu, że tam się znalazłam, ta książka powstała. Ta praca była w sumie taką pracą trochę fotograficzną, trochę edytorską, projektową. I wtedy powstało “Wielkie jezioro na bardzo dalekim wschodzie”. To jest prawdopodobnie najdłuższy tytuł książki fotograficznej, jaki w życiu wymyśliłam. Ale jakoś bardzo było mi to wtedy potrzebne. Oczywiście, to było już kilka lat temu. To możemy nazwać taką pierwszą książką fotograficzną. 

Czy jak zaczęłaś ją projektować, zdawałaś sobie sprawę czym jest książka fotograficzna?

To jest tak, że oczywiście już miałam jakąś styczność i doświadczenia z różnymi publikacjami. Cała historia zainteresowania się tematem, wzięła się jeszcze z czasów końcówki moich studiów na ASP. Gdzieś wtedy zaczęły pojawiać się te wszystkie pierwsze ważne publikacje, m.in. Sputnik Photo czy inne książki. Było to jakieś małe odkrycie, że jest też coś takiego i chociaż jest to jakaś – powiedzmy – nisza, to jest to mega ciekawe i może fajne.

Na rynku funkcjonują różne definicje: często spotykam fotoksiążkę, często album, zin czy też właśnie książkę fotograficzną. Gdybyś mogła podać naszym słuchaczom taką Twoją definicję książki fotograficznej.

To jest w zasadzie prosta definicja. Jeśli porównamy książkę fotograficzną z jakąkolwiek inną książką, no to po porostu książka fotograficzna jest takim bytem, w którym obraz, czyli fotografia w tym wypadku, jest ważniejszy, jest dominujący albo co najmniej jest na równi z tekstem. Troszkę jest to książka z obrazkami dla dorosłych albo niedorosłych. Jest to zamiana komunikacji przy pomocy słów i zdań na komunikację obrazkową. To chyba jest najprostsza definicja.

Czy można tą definicję stosować zamiennie z fotoalbumem, zinem czy to są już jakieś inne rzeczy?

Z tym nazewnictwem to jest w ogóle duży problem. Wystarczy zrobić sobie bardzo prosty eksperyment. Dzisiaj rano, szukając czegoś w Internecie, wpisałem photobook. Zaczęło mi wypluwać wyniki. Mniej więcej pół na pół można było je rozdzielić na: wyniki stricte typu fotoksiążki, konkursy i jakieś recenzje, a drugą częścią jest ogromna sfera książek typu albumy, albumy rodzinne, ślubne. Jest to czasem problematyczne. Język trochę tego nie ogarnia. Możemy nazywać to wszystko wymiennie tak naprawdę. Album czy fotoksiążka zamówiona w jakimś popularnym serwisie za 19,90 zł nadal może być książką fotograficzną i nikt jej tego nie odmówi. To wszystko jest trochę płynne. 

Jeśli chodzi o takie rozróżnienie formalne, taką systematykę: bardzo często jest tak, że kiedy ludzie, którzy w ogóle są poza tematem photoooków, używają słowa “album” (no bo album jest czymś takim, co nam się utrwaliło przez wiele, wiele pokoleń i lat), to mają na myśli książkę, w której są obrazy czy zdjęcia. Tu gdzieś jest ten wektor.

Czy to jest takie ważne, jak coś nazwiemy? Ja się nie obrażam, jeżeli ktoś nazywa moje książki albumami. To jest po prostu kwestia jakimi posługuje się słowami. Jeśli chodzi o ziny, to jest trochę inna fizycznie kwestia. Ziny wywodzą się z takiego bardzo niszowego dolnego self-publishingu, buntowniczych, kserowanych materiałów, które w cale nie zaczynały od tego, że składały się z fotografii ani jakichś skomplikowanych graficznie elementów. Były to często czarno-białe gazetki, rozprowadzane we własnym obiegu. Fotograficzne ziny – to jest bardzo ciekawe i ważne, nazwałabym to trochę mniej zobowiązującą formą książki. Trochę prostszą, trochę szybą w tworzeniu, realizacji. I też pewnie mniej kosztowną.

Tyle mogę powiedzieć o definicjach. Pewnie każdy z nas ma swoje definicje.

Dokładnie, super. Dzięki za to wyjaśnienie. Na swojej stronie wspomniałaś, że Books’n’Stories powstało m.in. z miłości do papieru. Dlaczego fotografia kocha papier?

Czy fotografia kocha papier? Muszę przyznać, że fotografia czasem nie kocha papieru. Są takie zdjęcia, które bardzo się nie lubią z papierem albo trzeba długo je namawiać, żeby się polubiły. 

Dlaczego fotografia kocha papier? W ogóle dlaczego papier i fotografia? Wracamy troszeczkę do początków. Jak cofniemy się do własnego dzieciństwa – zdjęcia funkcjonowały jako obiekty, jako zdjęcie, które najpierw ktoś robił na kliszy (tata czy mama), później trzeba było je wywołać, potem trzeba było poczekać i zobaczyć czy coś wyszło, czy nie wyszło, czy na wszystkich zdjęciach z wakacji mamy np. palec w obiektywie. Tak też często się działo.

To były moje zdjęcia z dzieciństwa.

Fotografia i papier są nierozłączne u swojego źródła. Fotografia istniała bardzo na papierze i jest to jej, nie wiem czy mogę powiedzieć, naturalne środowisko. Skąd to się w ogóle wzięło?

Takie pierwsze moje refleksje na ten temat, dlaczego w ogóle chciałabym to robić, wzięła się trochę stąd, że wiem jak ja traktuję swoje zdjęcia i jak ludzie je traktują. I te wydrukowane zdjęcia stają się dla nas ważniejsze, nie gubią się w tych wszystkich cyfrowych chmurach i nabierają jakiejś takiej materialnej formy. 

Dlatego też, jeżeli fotografuję z trochę większym zaangażowaniem, to raczej robię to na filmie. To mnie dyscyplinuje i wtłacza w proces. To jest jednak praca z czymś fizycznym, a nie tylko z plikami. Zrobię ich 3 tys., potem o nich zapomnę, potem już ich nie znajdę, potem pewnie dysk mi się skończy… 

Powrót do oglądania fotografii na papierze jest o tyle ciekawy, że wymaga skupienia. Inny kontakt mamy ze zdjęciami, kiedy możemy je wziąć do ręki. Tak jak się brało do ręki zdjęcia babci, dziadka, mamy, taty. To jest trochę taki sposób na zapanowanie nad tym wielkim chaosem. 

Powstają niebotyczne ilości zdjęć na świecie każdego dnia. Robimy mnóstwo zdjęć, nic nas nie ogranicza. W każdej chwili możemy zrobić sobie 100 zdjęć, klikając guzik na telefonie. Papier nas dyscyplinuje.

Cały proces, jeżeli już chcemy wydrukować jakieś zdjęcia, to jest de facto ten proces, kiedy musimy sobie odpowiedzieć, które z nich są tymi ważnymi zdjęciami. Jeżeli robimy książkę, to pierwszym etapem jest zastanowienie się właściwie, jakie zdjęcia w tej książce powinny być. 

I to chyba dlatego fotografia kocha papier, a może właściwie bardziej my.

Albo papier kocha fotografię. Przygotowując się do rozmowy z Tobą natknąłem się na takie piękne sformułowania. Jedno z tych sformułowań, to było pytanie: co to znaczy projektować ekspozycję dla oczu i dla palców? Przed chwilą odpowiedzieliśmy sobie na to pytanie. I dlaczego musimy myśleć o zaangażowaniu ciała… Czyli ten fizyczny moment dotykania samych zdjęć jest najważniejszy. Bo on pozwala nam, tak jak wspomniałaś przed chwilą, zacząć pracę nad edycją materiału. Mając tysiące zdjęć na komputerze, no fizycznie nie jesteśmy w stanie przebrnąć przez materiał. Dopiero drukując te zdjęcia widzimy je fizycznie, no i może wtedy dopiero zaczyna się storytelling. Możemy te zdjęcia sobie przesuwać na biurku, na podłodze. Układać w jakieś różne, często równoległe historie. Ok, to wiemy już w jaki sposób powoli zacząć pracę z edycją zdjęć, ale tak naprawdę, co możemy zrobić, aby zaangażować widza od samego początku w historię, która została zamknięta w książce fotograficznej, w albumie? Co takiego musi się wydarzyć, aby osoba oglądająca taki projekt nie mogła oderwać od niego wzroku?

Powiem coś kontrowersyjnego: najważniejsze są zdjęcia.

Prawda jest taka, że jest mnóstwo rzeczy, które możemy zrobić, żeby zrobić dobrą książkę i to za każdym razem jest trochę nowa ścieżka i nowa przygoda. To nie jest tak, że jest jedna recepta na zrobienie dobrej książki. Są pewne recepty na to, jak ją dobrze skleić, jak ją dobrze oprawić, jak dobrze wydrukować zdjęcia. 

Takim pierwszym najważniejszym czynnikiem, o którym – mam wrażenie niektórzy zaczynają zapominać – jest to, że musisz mieć dobry, interesujący materiał. Z fotografią jest tak, że jej rodzajów jest mnóstwo i to co się podoba jednemu człowiekowi, zupełnie nie musi się podobać innemu. Każdy fotograf ma jakąś tam swoją grupę odbiorców.

Warto – chcąc zamknąć coś w książce – mieć przekonanie, że faktycznie przepracowało się  ten temat. I to nie jest tak, że opowiada się, o czymś, czego zupełnie nie udało złapać na zdjęciach. To jest chyba najważniejszy warunek. Jest bardzo trudno zrobić dobrą książkę bez broniących się zdjęć.

Ale wyobrażam sobie, że dobry projektant, który potrafi edytować materiał, który otrzymuje od fotografa, potrafi zrobić mniej lub bardziej dobrą książkę ze zdjęć, które może nie są takie mocne, wybitne. Czy da się to zrobić?

Wybitność samego zdjęcia, to jest inna sprawa. 

Tak, żeby zrobić dobrą książkę, trzeba nad tym materiałem trochę popracować. Najpierw trzeba przejść przez etap jego edycji. To pytanie, czy robi to fotograf z projektantem, czy robi to ktoś jeszcze inny. Wiadomo, że często nie tylko dwie osoby są zaangażowane w prace nad książką, ale dużo więcej. Możemy mieć swoich mentorów, kuratorów, edytorów. I to jest bardzo ważny etap, żeby dobrze ten materiał przesiać, żeby wyłuskać z niego ten przekaz. Po pierwsze, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, o czym jest ta historia. I właściwie, które z naszych zdjęć tą historię opowiadają i dlaczego te a nie inne. Dlaczego jakieś mamy wrzucić, bo np. są zbyt mocne albo za bardzo nam rozbijają resztę. Może są odstające od reszty, żeby stworzyć jakiś świat z tego naszego zbioru fotografii.

Jak zrobić dobrą książkę? Trzeba poświęcić jej sporo czasu i przejść przez szereg etapów: dobra edycja, dobra sekwencja, pomysł na jej wygląd, format, layout. Potem to już kwestie techniczne – produkcja. Przygotowanie tego wszystkiego do druku. To jest bardzo dużo małych kroków.

Myślę, że dla naszych słuchaczy będzie też interesująca kwestia sekwencji. Czym ona jest?

Sekwencja, najprościej tłumacząc, jest to ta magiczna kolejność zdjęć. Oczywiście, to się nie dzieje zawsze i wielu z nas biorąc książkę do ręki, otwiera ją w środku, na końcu albo jak sobie tam chce. Z założenia książka daje nam tą możliwość, że zdjęcia układamy w określonym porządku. Trochę mamy nawet większą władzę, niż tworząc wystawę, która jest po prostu przestrzenią, w którą się wchodzi. Można zupełnie dowolnie przez nią przejść i często wchodząc do pomieszczenia widzimy już co jest na jego końcu, a w książce, przynajmniej w teorii, zaczynamy na początku i kończymy na końcu. 

To, od czego zaczniemy, a czym skończymy buduje naszą historię. Tak jak w filmie. Wracając do sekwencji filmowej: ogólnie w budowaniu książki i w budowaniu jakiejkolwiek narracji możemy wykorzystać w sumie te same środki.

Te same schematy budowania opowieści obserwujemy w kinie czy nawet w literaturze. Tylko że oczywiście to jest na innym poziomie odbioru, trochę bardziej na poziomie intuicji i takiego subtelniejszego odbierania tego, co się dzieje. 

Dobra sekwencja ma nas poprowadzić ścieżką. Poprowadzić nas przez opowieść. I możemy sobie wymyślić jakiś klucz tej sekwencji. Najprostszą sekwencją jest sekwencja chronologiczna. Jeżeli ona jest potrzebna i akurat tutaj jest to najważniejsze i musimy się jej trzymać, no to po prostu trzymamy się tego, że zdjęcia są ułożone chronologicznie. To w cale nie jest najczęściej wykorzystywana opcja.

A jakie mamy dostępne?

Mamy ich nieskończenie wiele. To jest kwestia trochę tego, co chcemy osiągnąć. Oczywiście to jest bardzo ogólne pytanie. Ilość możliwych materiałów jest bardzo, bardzo duża. Biorąc na warsztat materiał reporterski czy stricte dokumentalny, sekwencja powinna nas wprowadzić w temat, może też nie do końca zdradzać i odsłaniać wszystkie karty.

Jeżeli robimy książkę o jakichś ważnych przewrotach politycznych, to może niekoniecznie zaczynamy od zdjęcia, gdzie wszystko wybucha i wszyscy zginęli, tylko raczej budujemy jakiś kontekst i najpierw wprowadzamy widza w ten temat. Niekoniecznie dosłownie. Potem odkrywamy kolejne karty czy budujemy napięcie, potem cała akcja ulega wygaszeniu. To jest tylko jeden przykład. Bo ilości tych kluczy do sekwencji jest bardzo dużo i wszystko zależy od materiału. 

Musielibyśmy tu pewnie rozmawiać o konkretnych przykładach, jak tworzyć sekwencje. Często materiał jest też bardzo subtelny i bardzo delikatny. Tylko że musimy pamiętać o tym, żeby robić to wszystko bardzo intuicyjnie. Czasem ciężko to przełożyć na słowa. Na przykład w sekwencji ważne jest to, czy jakieś motywy będą się powtarzały, czy chcemy rytmizować ten układ. Jeżeli mamy jakiś motyw czy jakąś osobę, która przewija się przez  historię. No a tak naprawdę, to wszystko trzeba sprawdzać w tak zwanym praniu. Bo często sekwencji przygotowuje się kilka albo więcej i się po prostu je testuje: czy to działa, czy dobrze przechodzimy przez tę historię i czy książka jest dobrze ułożona.

Ok, a powiedz mi, w jaki sposób to testować? Jesteś taka bardziej analogowa czy wszystko robisz u siebie na komputerze?

To jest w ogóle rada z czasów bardzo dawnych, ale żeby do komputera siadać jak najpóźniej, o ile się da. Pracę edycyjną, sekwencyjną możemy wykonać bez komputera i będzie nam dużo prościej i pewnie też szybciej. Pracę zawsze zaczyna się od wglądówek i od tego, żeby spojrzeć na nie wszystkie razem, oddzielnie. 

Czyli drukujesz zdjęcia, tak?

Generalnie polecam to wszystkim, którzy biorą się za układanie swojej pierwszej książki czy kolejnej książki, np. dla klienta czy potrzeby portfolio. Po prostu trzeba drukować swoje zdjęcia i trochę się nimi pobawić. Sprawdzić które obok których działają dobrze; które gorzej. Tak jak zresztą wspominałeś, na stole czy podłodze, czy na ścianie zrobimy to trzydzieści razy szybciej niż przestawiając to w komputerze. Nasza percepcja będzie inna. Trochę inaczej możemy posługiwać się tym materiałem. Nie blokuje nas to, że mamy ekran, gdzie widzimy tylko ileś tam zdjęć, tylko robimy to dużo bardziej sprawnie, więc polecam odbitki.

Jestem generalnie dzieckiem ery cyfrowej, natomiast rzeczywiście pamiętam jak miałem taki krótki staż jeszcze w starej “Rzeczpospolitej”, przygotowane arkusze nowego wydania gazety na dzień następny były wywieszone gdzieś tam w pomieszczeniu redakcyjnym i ten materiał układało się analogowo. Każdą stronę gdzieś tam się przemieszczało. Tutaj była pierwsza, tam kolejna. Nie pasowało – to się to wszystko przemieszczało i układało w zupełnie inną kolejność. Stykając się ileś lat po znowu ze zdjęciami, dotarło do mnie, że rzeczywiście te pierwszy etap, o którym mówiliśmy, jeżeli chodzi o tworzenie książki fotograficznej, czyli edycję, zaczynamy analogowo. Dopiero dotykając tych zdjęć.

Tak, dokładnie. To jest właśnie, tak jak mówisz, ciekawe doświadczenie. De facto, układając te zdjęcia planujemy trochę rozkład tych informacji w naszej książce. Co z czym się dobrze przyjmie, a co gorzej. Trochę jak w gazecie.

A pracujesz tak bardziej intuicyjnie czy metodycznie? Masz już jakiś utworzony swój proces czy to zależy od materiału, który otrzymujesz od fotografa, od swojego materiału?

To jest w ogóle bardzo intuicyjna praca. Zanim w ogóle pojawią zdjęcia, nad którymi się pracuje i wykonuje praktyczne czynności, to zwykle jest jedna, dwie, trzy czy pięć rozmów. Na początku oczywiście jest takie trochę badanie gruntu. To jeszcze pytanie czy pracujemy z kimś kogo znamy, czy jest to taki pierwszy kontakt. Chcemy się poznać, zrozumieć, na czym nam zależy i do czego dążymy. Co w cale nie jest takie proste. Bo czasem, po pierwsze ludzie od razu mają duży problem z werbalizacją swoich projektów. Od czasu moich pierwszych przygód na jakichś różnych warsztatach i to czego przez wiele lat próbowałam się nauczyć – co nadal sprawia mi problemy – to opowiadanie o własnych projektach i o własnych zdjęciach. Wyłuskanie, mówiąc po angielsku, statement’u, czyli jakiegoś konkretnego stanowiska, o czym właściwie jest ten projekt, co on ma przekazać, dlaczego on jest ważny i do czego się dąży, robiąc książkę. 

I dopóki temat jest nieprzegadany i nieprzemyślany, to ja zwykle praktycznie nic nie zaczynam. Nie wiem czy to jest powszechne, czy nie, ale ja też raczej długo się noszę z różnymi rzeczami. To jest często tak, że jak ktoś mi coś wysyła, to ja muszę przez dwa-trzy-cztery tygodnie to najpierw przetrawić, zanim się zacznie jakaś realna praca. 

Jednym słowem, projektant książek fotograficznych czy nawet sam fotograf, który przygotowuje na swoje czy na potrzeby klienta książkę fotograficzną, jest trochę właśnie jak psychoanalityk lekarz. Czyli przychodzimy do lekarza na kozetkę, a lekarz tutaj w postaci projektanta zadaje pytanie: co chciałeś opowiedzieć tym zdjęciami?

Tak, trochę tak. Albo wręcz jest jeszcze gorzej. Często są to pytania właściwie osobiste, o których nie wszyscy chcą od razu opowiadać. A w sumie jest trochę tak, że projektantowi trzeba się zwierzyć z tych nawet najbardziej kontrowersyjnych czy skrywanych rzeczach. Nawet jeżeli to potem nie wyjdzie w projekcie albo gdzieś celowo zostanie ukryte, to dobrze czasem wiedzieć, np. dlaczego fotograf zdecydował się na taki a nie inny projekt, co go tak naprawdę zmotywowało i jakie są jego emocje.

Każdy projekt jest inny i nie zawsze to tak wygląda, ale zrozumienie, o co nam chodzi jest chyba najważniejsze, żeby cokolwiek stworzyć wspólnie. A potem, to już jest praca.

I czy pracuje intuicyjnie, czy metodycznie? Są pewne kroki, o których już mówiłam. Na pewno nie zrezygnowałabym z pracy na wydrukowanym materiale i układaniu go analogowo. I pewnie byłoby mi bardzo ciężko bez tego. To są więc takie podstawowe metody pracy. Zresztą, to jest często intuicja. Czasem się na coś wpada zupełnie przypadkiem albo szukając długo jakiejś inspiracji czy jakiegoś właśnie odkrywczego rozwiązania. Myślę, że intuicja jest ważna, bo też konsumpcja książki fotograficznej jest intuicyjna.

Nie dostajemy gotowych rozwiązania, tak?

Dokładnie. Nie dostajemy gotowego rozwiązania, bo każdy z nas czyta obrazy zupełnie inaczej. Nikt nie powie nam “tu było smutno”, a tutaj “stało się właśnie to”. Oczywiście, teksty, jeżeli są w książce fotograficznej, mogą bardzo dużo odsłonić. Czasem za dużo. A mogę tylko dopowiedzieć tyle, ile trzeba, żeby właśnie ten widz się nie zagubił w tym wizualnym materiale. Intuicja przede wszystkim.

Intuicja przede wszystkim – wezmę sobie to do serca. Wracają trochę do tekstu, który pojawia się obok zdjęć. Przypomniał mi się teraz Chipp Kidd, który jest projektantem nie książek fotograficznych – aczkolwiek może jakieś projektował – ale głównie projektantem książek, jeśli chodzi o samą literaturę, okładek do książek. I Chipp Kidd jest taką osobą, która m.in. zaprojektowała okładkę do książki “Park Jurajski”, która przedstawia chyba jednego z najbardziej znanych dinozaurów na świecie – czyli tego, który pojawia się w logo “Jurasic Park”. Oglądając jego wystąpienie na TEDx, wspomniał o jego pierwszych zajęciach na uniwersytecie. Przyszedł profesor, który na tablicy narysował jabłko i też napisał pod jabłkiem “jabłko”. I słuchaczom najpierw zasłonił napis “jabłko”, po chwili zasłonił rysunek jabłka i powiedział do nich: albo obraz, albo słowo, ale nie słowo i obraz jednocześnie. Chipp Kidd to podsumował, że to jest trochę traktowanie czytelników jak idiotów. Dawanie im na tacy gotowego rozwiązania. To jest trochę to, o czym mówisz, tzn. materiał, który jest w książce fotograficznej, każdy zupełnie inaczej interpretuje.

Tak, jest dokładnie tak jak powiedziałeś w swojej anegdocie: gdy zbyt wiele razy opowiemy to samo, to odsłonimy wszystkie karty. Będzie nuda i właśnie potraktujemy kogoś jak głupca, któremu trzeba wszystko trzy razy tłumaczyć, no a nie w tym tkwi zabawa.

Książki fotograficzne czy książki obrazkowe są trochę taką zabawą. Mają sprawiać nam frajdę, mają nas wciągać. Mamy gdzieś szukać tych swoich znaczeń, połączeń, mamy się czegoś domyślić. Albo właśnie się nie domyślić. Czasem też jeżeli coś jest niejasne, to też jest dobrze. Nie wszystko musi być na tej warstwie oczywistości. Nie wszystko musi być nazywalne. 

Taką książką, które są fajne i dobrze pokazują to, o czym mówisz jest “11.41”. Bardzo dobrze pamiętam spotkanie z Michałem Łuczakiem i Filipem Springerem, którzy zrobili razem publikację “11.41”. To jest materiał, który Łuczak zrealizował w Spitaku i jego okolicach, czyli w Armenii, gdzie trzęsienie ziemi praktycznie zrównało z ziemią wszystko, co praktycznie istniało. 

I po wielu latach zarówno Łuczak, jak i Springer badają trochę kondycję tego miasta, jego mieszkańców, tą traumę, z którą oni żyją. To tak bardzo ogólnikowo. Zachęcam, żeby sobie po tą publikację sięgnąć. 

Ta książka dobrze pokazuje, że warstwa tekstowa i wizualna, to mogą być dwie zupełnie różne rzeczy. I pomimo tego, że Michał zrobił wtedy przeogromny materiał i jeździł tam przez kilka lat, to tak naprawdę zapadała decyzja o tym, że się nie duplikuje, o czym opowiada Filip w swoich tekstach i że materiał wizualny nie powiela tego.

Lepiej czasami pozostawić pewne pola na obraz i pewne pola teksty, bardziej ludzkie czy bardziej faktograficzne, żeby nie robić ilustracji albo nie robić zbędnych podpisów. Czasem nie o to chodzi. Dobrze jest zrównoważyć te dwie sfery.

Bardzo często widzę, że fotografowie mają problem z opisaniem zdjęć. Często te opisy są bardzo proste. Widzimy parę młodą w Rzymie i jest podpis: “Ale piękna była pogoda w Rzymie”. Fotografowie nie wykorzystują pewnych didaskaliów, w których można coś fajnego powiedzieć, jakąś fajną anegdotę, coś niekoniecznie związanego z tym, co widzimy na zdjęciu, żeby tego widza bardziej wprowadzić w temat, zainteresować, a nie tylko powielać jakieś hasła. Widzimy zdjęcie rzeki – podpis “rzeka” nam niewiele raczej wniesie.

Podpisy pod zdjęciami mają różne funkcje. Myślę, że trochę inaczej można do tego podejść w takiej bardzo osobistej rzeczy, jaką jest książką czy album rodzinny. A czym innym jest taka wypowiedź artystyczna czy dokumentalna. 

Zakładając, że coś robimy o Polsce, no to chcielibyśmy, żeby było to czytelne także dla Anglika czy Francuza; żeby nie było to tak bardzo tylko dla nas i o nas.

Oczywiście zgadzam się z Tobą, że można na wiele ciekawszych sposobów podpisać zdjęcie niż “Była ładna pogoda w Rzymie”, tylko pamiętając też genezę takich fotograficznych zbiorów domowych, to może czasem, po latach, gdzieś oczywisty podpis też jest potrzebny. 

Bo na przykład pamiętam wiele takich rozmów ze starszymi członkami mojej rodziny, kiedy próbowałam się czegokolwiek dowiedzieć, np. o osobach na jakichś dawnych zdjęciach czy o sytuacjach. I po prostu to się ulatnia. Jeżeli wszystko jest na zdjęciu – to fajnie. Akurat w takiej tematyce osobistej czasem warto też dla siebie zostawić ślady, żebyśmy nie zapomnieli potem, co to było i gdzie to było, bo jednak nasza pamięć jest zawodna.

To trochę przykre, tak jak wspomnieliśmy, w pewien sposób my jako ludzie odeszliśmy od drukowania zdjęć, dwa – też od ich podpisywania. Sam pamiętam jak mój tata miał zlecenia w Iraku, i rzeczywiście te zdjęcia były wysyłane do mamy do Polski, były podpisywane, także człowiek wiedział, gdzie ten tata się znajduje, co robił, jaki to był rok, jakie miejsce, często też jacy ludzie towarzyszyli tym osobom na zdjęciach. To było fantastyczne. W fotografii rodzinnej te takie podpisy z jednej strony bardzo proste, pokazujące, to co jest na zdjęciu, po latach są rzeczywiście bardzo ważne. Fajnie, że o tym wspomniałaś.

Tak, możemy to odnieść nie tylko do fotografii osobistej, tylko tak jak tutaj mówisz – do fotografii o podróży. Ja sama borykam się z tym, mam wiele zdjęć, które chciałabym zlokalizować, gdzie były zrobione, a nie prowadzę takich notatek i jest pewien problem… No, ale może jest to temat na oddzielny podcast o porządkowaniu swoich zbiorów.

Powiedzieliśmy dużo o tym, w jaki sposób zaciekawić widza tworząc sekwencje, edytować materiał. Jakich błędów uniknąć tworząc książki fotograficzne. Masz jakiś zbiór dla początkującego twórcy książki fotograficznej, którego trzeba byłoby się trzymać. Czego uniknąć?

Czego uniknąć? Przegadania na pewno. I tak zwanego “chcę wszystkie zdjęcia i jeszcze więcej zdjęć”. Często jest tak, że my czy nasz klient, może uważać, że wszystkie zdjęcia są cudowne i ważne i powinna być ich tam masa. A trzeba też szanować potencjalnego odbiorcę, jego cierpliwość. Jeżeli coś już wystarcza i jest komunikatywne, i jest esencją, to nie rozwadniajmy tego w nieskończoność. Nie powtarzajmy trzynaście razy podobnego ujęcia czy nawet trzy razy. Umiar jest wskazany.

Ciężko jest mówić tak bardzo na sucho o tym, czego nie robić. Jest masa błędów, które można popełnić. Można skrzywdzić zdjęcia źle je kadrując. Można dobrać zły format w ogóle do zdjęć. Też się często to zdarza. Nie wyobrażam sobie np. bardzo takiej wyciszonej, intymnej osobistej fotografii, rozdmuchanej do formatu A4 albo A3. Warto pamiętać o tym, żeby właśnie to wszystko do siebie pasowało. Jeżeli mamy np. pełne detali zdjęcia architektury czy pejzaże czy coś równie misternego, to też nie drukujmy tego na stronie wielkości 9×13 cm, bo trochę szkoda. Może zastanówmy się jak to zrobić, żeby wydrukować zdjęć mniej. Ale żeby one faktycznie były konsumowalne przez widza. 

Trzeba pamiętać o masie rzeczy technicznych, o dobrym przygotowaniu swoich fotografii do druku, co też pewnie jest oddzielnym tematem i nie będziemy się tutaj wgłębiać.

Czyli można powiedzieć, że każdy materiał, każde zdjęcia mają jakby swój, w pewien sposób, nienamacalny oczywiście, przypisany format?

Jak to mawiała moja pani profesor Lange, którą serdecznie mogę pozdrowić: nie ma formatu dużego czy małego – jest format odpowiedni. 

To znaczy, jeżeli z jakiejś przyczyny chcemy,, żeby nasza książka była wielkości modlitewnika, bo nawiązuje do takiego a nie innego tematu, ma być malutka, ma być kieszonkowa, mamy argumentację i wiemy, że to jest właściwe, bo taka jest koncepcja, to jest dobrze. Jest dobrze, jeżeli to wszystko trzyma się swoich założeń i nie jest to wymyślone na zasadzie: bo ja lubię kwadratowe, a ja lubię duże. Czasem po prostu nie ma to sensu. Zrobienie na siłę wszystkiego wielkiego też nie zawsze robi dobrze. Robiąc coś, co jest niestandardowe i ogromne, może się okazać, że nie będzie się nam chciało tego oglądać, bo jest nieporęczne, ciężkie i drogie.

To są takie podstawowe rzeczy do przepracowania, kiedy się myśli o książce. Tak samo jak wybór papieru. Czy to będzie super błyszczący, gładki i wręcz taki prawie że fotograficzny papier? Czy będzie to papier zupełnie inny, który będzie nawiązywał bardziej do książki, czy będzie chropowaty? Jest masa aspektów. Każda decyzja na coś wpływa, aż czasem sami możemy nie zdawać sobie z tego sprawy. Książka ma też swój dźwięk i swój zapach. Papier czy druk i to co zrobimy, to wszystko wpływa na to, jaki potem mamy w ręku obiekt.

Muszę tutaj Ci przyznać absolutną rację. Wybierając się na autorskiego spotkanie z Wiktorem Franko, w którym też brałaś udział, miałem zamiar zakupić jego książkę. Poprosił mnie również kolega o zakupienie tej książki, ta książka została mu wysłana. W momencie, kiedy ją odebrał pisze do mnie (podesłał też zdjęcia oczywiście): “Jakub, coś chyba jest nie tak, ta książka się rozwala, bo widać jej grzbiet”. I rzeczywiście otworzywszy książkę ” Vol. 1″ Wiktora słychać taki specyficzny zgrzyt, taki klik, po czym po chwili ukazuje się grzbiet książki, jakby jego zawartość. Rozumiem, że to była taka kwestia celowa?

O ile nagi grzbiet, tzw. szwajcarska oprawa i klejenie tylko dotylne i okładki, było jak najbardziej celowe, to o tyle dźwięk faktycznie był trochę nieprzewidziany. Wiadomo, że najpierw robi się makietę i tak dalej… No, ale jednak były tam pewne techniczne niuanse… 

Kiedy ta książka jest nowa, faktycznie przy pierwszym otwarciu ma dosyć charakterystyczny dźwięk. Ludzie, którzy nie zetknęli się wcześniej z taką oprawą, mogli przypuszczać, że coś poszło nie tak. To jest zabawna historia. Wiktor w pewnym momencie jak wysyłał książki do ludzi, którzy kupili je bezpośrednio od niego, naklejał karteczki: “Tak, jest dobrze. To nie jest zepsuta książka, nie martw się, nie rozerwała się”. Są zabawne historie w życiu projektanta, w życiu fotografa. Dlatego najlepiej jest zrobić klasyczne książki z zamkniętym grzbietem – wtedy nikt nie mówi, że się zepsuły przynajmniej.

No, ale nie mielibyśmy tak pięknych anegdot i nie byłoby takiego, powiedzmy, znaku firmowego danego wydawnictwa, tej publikacji; że mamy zgrzyt, od razu nam się łączy to z Wiktorem Franko i wiadomo też o jaką publikację z miejsca chodzi. Czyli to wszystko, o czym przed chwilą powiedzieliśmy, w zasadzie też pokazuje nam, że dobre zdjęcia, nieprzemyśliwszy wielu kwestii, można zepsuć kiepską książką fotograficzną.

Można zepsuć odbiór tych zdjęć. Też oczywiście dobra książka bardzo pomaga fotografii, tym żeby ona wybrzmiała i żeby była zaprezentowana jak najlepiej się da i dopowiedziana. Można stworzyć nie najlepszą książkę fotograficzną oczywiście. Tak jak w każdej branży, można nie dopasować właściwych środków czy pójść w oklepane rozwiązania, które niekoniecznie są ciekawe. 

Możliwości jest masa, dlatego warto próbować, na pewno też warto pracować z projektantem, z którym czuje się jakiś wspólny język. W ogóle warto pracować z projektantami, o ile można.

Zachęcamy.

Zachęcam. Po pierwsze projektant jest w stanie ustrzec przed masą niepotrzebnych błędów, które zawsze się mogą przydarzyć. Projektant zrobił już w życiu trochę projektów takich czy innych i często ma szerszą wiedzę. Zawsze specjalizacje zawężają raczej niż rozszerzają. Jesteśmy fotografem, mamy projekt, coś sobie wymyśliliśmy. Myślimy, że tak będzie dobrze, bo widzieliśmy coś takiego albo podobnego. I uważamy, że to będzie super rozwiązanie. Może się okazać, że do naszych zdjęć czy przy naszych możliwościach technologicznych czy finansowych, to w ogóle nie zagra, nie da rady. Albo zepsuje wszystko.

Nie wiem, czy więcej mogę powiedzieć o błędach, bo tak naprawdę, to jest osąd osobisty, jeżeli bierzemy do ręki książkę, to raczej wyczujemy, kiedy jest tam jakiś fałsz czy niedoróbka. Zgrzyt.

Mówiłaś przed chwilą o wspólnym mianowniku, wspólnym języku fotografa z projektantem. Zgłasza się do Ciebie określony tym fotografów, z którymi współpracujesz?

Oj, jeszcze nie mam chyba takiej renomy, żeby powiedzieć, że mam jakiś typ fotografów. No i też oczywiście jestem na tym rynku dosyć krótko, więc nie ukrywam, że mam kontakt z dosyć młodymi fotografami. Ale nie mogę powiedzieć, że to jest jakiś typ. Raczej są to po prostu osoby, które albo przez kogoś czy przez jakieś tam źródła, trafiły na mnie i akurat postanowiły, że zapytają, wyślą wiadomość.

Dobrze, to może zapytam inaczej: odmówiłabyś wykonania danego projektu ze względu, że materiał, temat czy cokolwiek innego w jakiś sposób do Ciebie nie trafia?

Nie wiem jaka musiałaby być sytuacja… Na pewno mogłaby być sytuacja, że odmawiam, chociażby dlatego, że czyjaś wypowiedź byłaby totalnie niezgodna z moimi przekonaniami. Nie byłabym pewnie w stanie zaprojektować książki promującej jakieś dziwne ideologie. Na pewno, gdybym coś wyczuła, że nie ma pola porozumienia między mną a fotografem i to nie jest coś, co da się wypracować… Zawsze da się wypracować porozumienie, ale czasem nie warto, aby obie strony się męczyły. 

Projektantów na świecie trochę jest i może czasem po prostu dana osoba nie czuje danej materii. I może tak się zdarzyć, że kiedyś trafię na coś, co mnie przerośnie albo gdzie to się nie spotka wszystko ze sobą. Ale wolałabym nie mieć takich sytuacji. Wolałabym mieć projekty, które po prostu rokują, nad którymi fajnie się pracuje.

Zmierzając powoli w stronę podsumowania, powiedz mi proszę jakie są różnice między książkami w ogóle i książkami fotograficznymi?

No jest ich sporo. Może powiem tak. Nie mam jakiegoś strasznego doświadczenia w projektowaniu książek w ogóle, takich bardziej literackich książek. Jest to ten sam obiekt koniec końców. Zamyka się to gdzieś na tej samej półce. Pracujemy nad podobnym obiektem. Każda książka ma jakąś oprawę, ma jakieś kartki. No chyba że jest mocno niestandardowa. 

Podobieństwa w projektowaniu? Trochę inaczej projektuje się książkę, gdzie mamy głównie tekst i tak naprawdę projekt książki jest projektem składu i tego, jakie będą litery, ile będzie światła wokół nich i jakie będą nagłówki. Książka fotograficzna… Tutaj mamy trochę inną sytuację: mamy teksty które, raczej nie dominują, są tylko uzupełnieniem, mają jakąś swoją formę. Pracujemy raczej nad tym jak umieścimy na stronie fotografie. Książka ma bardzo dużo różnych potencjalnych układów, rozmieszczenia tych fotografii na naszych rozkładówkach. 

Projektowanie… Podobieństw za wiele tutaj nie ma… Troszkę jest to operowanie innymi zmysłami. Obie te książki muszą się dobrze czytać, tylko czytamy je trochę inaczej. To, co dobre dla tekstu, nie zawsze jest dobre dla zdjęcia. Na przykład, to jakie powinniśmy mieć marginesy, jaka powinna być wielkość i format książki. To tutaj możemy mieć zupełnie odmienne możliwości, potrzeby.

Patrząc na książkę: litery, które są w niej zawarte dla mnie w pewien sposób są zdjęciami. Wspomniałaś o świetle. Nie mówię o świetle w zdjęciach, ale mówiłaś przed chwilą o tym, w jaki sposób zdjęcia są rozmieszczone w książce, tak samo trochę te litery… Mamy interlinię w tekście, mamy światło między literami, różne inne takie kwestie, które też rzeczywiście wpływają na odbiór samego tekstu. Przynajmniej tak mi się wydaje… Bardzo drobny tekst będzie sprawiał wrażenie, że sama książka jest bardzo delikatna. Tak samo, kiedy rozmieścimy w ten a nie inny sposób zdjęcia w naszym projekcie, też będą wpływały na to, jak odbieramy może samą formę, bo nie mówimy o treści, ale samą formą książki (przyp. miałem na myśli zarówno formę, jak i treść).

Tylko że akurat, jeśli chodzi o książki takie typowe do czytania, to jednak ich głównym zdaniem – powinno tak być – jest to, żeby nam się miło skonsumowało dany tekst. Żeby on nas nie drażnił, żeby ta długość wiersza była odpowiednia, żeby nas to nie męczyło czy żeby właśnie ta litera nie była za mała albo za ciasna, albo właśnie interlinia nie była źle ustawiona. Jest tu dużo technicznych aspektów. Żeby nam się przyjemnie ją czytało. Cała akcja wydarza się w sferze naszej wyobraźni, w naszej głowie. 

Z książką fotograficzną jest trochę inaczej. Bardziej przypomina mi to czasem film czy – jak to ująć – takie klatki, które ktoś wyjął z tego filmu. Dużo bardziej skupiamy się na całej powierzchni. Trochę bardziej traktujemy to jak przedmiot, trochę mniej jak treść taką do czytania. Trochę obcujemy z tym obrazem, który ktoś umieścił na danej rozkładówce tak albo inaczej. I też same gesty, który wykonujemy przy tym też dużo zmieniają. Dlatego też robi się te wszystkie zabiegi, typu alonże, czyli złożone strony, żeby ktoś musiał je otworzyć. Używamy różnych papierów, żeby zaznaczyć jakieś różnice w tej czy tamtej części materiału. 

Książka fotograficzna jest trochę do czegoś innego jednak… Do dotykania i patrzenia. Ta treść, która w niej jest zawarta, w tych zdjęciach, ona trochę bardziej się generuje – moim zdaniem – w nas samych. No jednak czytając “Moby Dicka” nie mogę powiedzieć, że… Znaczy oczywiście, moja wyobraźnia generuje obrazy, ale jednak ktoś tą historię już napisał. Ja ją przyswajam. Jeden do jeden. Oczywiście interpretując.

Najpiękniejsze chyba w tym wszystkim jest to, jeśli chodzi o książki fotograficzne, pomimo tego, że ten materiał został edytowany, ułożony w odpowiedni sposób, to nadal  jesteśmy całym sobą opowiadać tę historię inaczej. Na różny sposób. Zapewne w jakiś sposób nastąpi sprzężenie zwrotne i pewnie sami sobie opowiemy tę historię, tak jak życzyłby sobie tego projektant czy fotograf. Ale też możemy to powiadać w inny sposób.

No bo każdy z nas jest zupełnie inną osobą. To, o czym mówiłam: często coś, co powstało w jednym kręgu kulturowym, jest zupełnie inaczej odbierane na drugim końcu świata i to też jest piękne. Patrzenie i tworzenie obrazów jest gdzieś dla nas wszystkich wspólne, ale pozostaje zawsze duże pole do takiego osobistego odbioru czy nałożenia swoich własnych doświadczeń na dane zdjęcia czy daną książkę.

Kończąc powoli naszą rozmowę, chciałbym żebyś w pewien sposób podsumowała to wszystko, o czym powiedzieliśmy. Może taką radą dla osoby, która zabiera się za projektowanie książki fotograficznej czy to na swoje, czy na potrzeby klienta? Co mogłoby być taką radą, którą warto sobie wziąć do serca.

Co może być radą, którą warto sobie wziąć do serca? Przede wszystkim pamiętać, po co to robimy. Zastanowić się, jaki mamy cel. I jak już będziemy wiedzieć, to wtedy zastanowić się jak chcemy go osiągnąć. Tak jak już wspomniałeś, motywacje bywają różne, potrzeby bywają różne.

Na pewno zachęcam też do tego, żeby w ogóle próbować robić też rzeczy dla siebie, nie tylko dla kogoś, ale jeżeli fotografujemy i całe życie jesteśmy fotografem reportażowym czy eventowym, i fotografia to nasze życie, to też czasem warto pamiętać o tej osobistej sferze i przebrać swoje prywatne archiwa, zdjęcia rodzinne, zdjęcia z wyjazdów czy w ogóle taką fotografię, którą robimy tak na boku. Z tego też mogą powstać bardzo fajne rzeczy i warto czasem wydrukować te zdjęcia, żeby one jednak gdzieś istniały, a nie tylko kurzyły się na dysku i żebyśmy nigdy ich nie widzieli dłużej niż 10 sekund po zrobieniu. Jest to zawsze fajna przygoda i fajna zabawa.

Myślę, że to bardzo dobre podsumowanie. Ja ze swojej strony to, co mogę powiedzieć, to to, że jeżeli chcecie stworzyć swoją pierwszą książkę fotograficzną, zobaczyć, w jaki sposób można edytować materiał, układać materiał w daną historię, to zapraszam Was serdecznie też do Natalii na warsztaty.

Ja też zapraszam.

To może powiesz naszym słuchaczom jak to wygląda.

Ja się tutaj wetnę z małą autopromocją. Jeżeli macie projekt, który chcielibyście zrealizować, nie wiecie, od czego zacząć, to oczywiście zapraszam. Można się do mnie odzywać, można do mnie pisać, wszystkie dostępne namiary znajdziecie na stronie albo na FB, który gdzieś tam się znajdzie. Warsztaty są moją również prawie że ulubioną działką, bardzo je lubię, jest to okazja, żeby trochę w boju i trochę w grupie te wszystkie rzeczy, o których rozmawialiśmy przepracować. Przyjść z materiałem, wyedytować go, ułożyć sekwencje i złożyć publikacje. Najbliższe warsztaty mam nadzieję już niedługo będą ogłoszone, także proszę zaglądać na FB, bo na pewno wszelkie informacje będą się tam pojawiały i zapraszam. I mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i że gdzieś ten storytelling w postaci wydawniczej będzie Wam bliski.

Było świetnie Natalia, naprawdę. Ja oczywiście informacje na temat warsztatów umieszczę w opisie podcastu, więc jak najbardziej będziecie mogli zapoznać się z niezbędnymi informacjami i zobaczyć, co, gdzie się odbywa. Kończąc, przypomniała mi się jedna kwestia. Rafał Milach, powiedział coś takiego na jednym ze spotkań, że fajna książka, to jest taka, która rozwala się po jakimś czasie. I ja chyba życzę Wam wszystkim, aby te książki, które zaprojektujecie, stworzycie, żeby były dotykane, macane w przeróżny sposób, żeby te książki po pewnym czasie od namiaru tego dotyku i obcowania z tymi książkami, mogły się w końcu rozwalić. Nie ze złego zaprojektowania, a po prostu z tego, że miały ten zaszczyt być dotykane. To chyba najlepsze podsumowanie jakie mi przyszło do głowy.

Żeby zdejmować książki z półki.

Zdejmujcie książki z półki, drukujcie swoje zdjęcia, dotykajcie je, układajcie w historie, a jeżeli zbłądzicie – odezwijcie się do Natalii. Dziękuję Ci bardzo Natalia za rozmowę.

Dziękuję.

 

Linki do książek, o których rozmawialiśmy:

“11.41”, Michał Łuczak

“Don’t draw the map of the comet”, Katarzyna Wasowska

“Subterranean River”, Łukasz Rusznica

“Wielkie Jezioro na Bardzo Dalekim Wschodzie”, Natalia Mikołajczuk

“Wiktor Franko Vol. 1”, Wiktor Franko

Jakich błędów unikać tworząc książki fotograficzne?

 https://www.szerokikadr.pl/poradnik/jak-uniknac-bledow-tworzac-ksiazki-fotograficzne

Dodaj komentarz